Głodni Wiedzy

Informacje o Polsce. Wybierz tematy, o których chcesz dowiedzieć się więcej

Aleksandar Kolesiewicz, archiwista pieśni ocalałych z nazistowskiego obozu

Autor: Thomas Santorins

Opublikowano dzisiaj o 03:10, zaktualizowano o 06:01

Jak bardzo jest ciekawy, ten młody człowiek w wiecznym wieku, przycupnięty w swoim nędznym garniturze. Jego jedynym bagażem jest aparat Flexaret. Perełka czechosłowackiej technologii, mówi jako ekspert. W małopolskich wsiach, wokół polskiego miasta Krakowa, wszyscy rozpoznają jego sylwetkę: nie ma lepszego podróżującego fotografa niż ten dziwny artysta, nieco zagubiony w swoim świecie. Pozycja nowożeńców: łagodne spojrzenie na cmentarz, subtelny pocałunek z mostu na Wiśle… Portretowicz zamraża rozkosze polskiej wsi lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, ledwie uwolniony od bólu wojny uduszonego już pod jarzmem stalinizmu.

Jednak za obiektywem aparatu oko fotografki nie jest w stanie rozproszyć mroku przeszłości, który nieubłaganie ją nawiedza. Od czasu zwolnienia z obozu koncentracyjnego Z Sachsenhausen, dziesięć lat temu, Aleksander Kolesiowicz, „Alex” do swoich przyjaciół, wiedzie życie nawiedzane przez demony. Każdej nocy wracają, by tańczyć swoje żałobne miraże do setek melodii zawartych w jego cudownej pamięci, ponieważ zbierał je jak wiele muzycznych zapisów od swoich zmarłych towarzyszy. Teraz, gdy jest wolny, kręcą się i kręcą w jego głowie, co doprowadza go do szaleństwa.

Po sześćdziesięciu sześciu miesiącach w niewoli jego życie potoczyło się szybko do przodu. Wydaje się, że on sam szybko się starzeje. Po wyzdrowieniu z gruźlicy zamyka się w rutynę bez ambicji, zwodniczo pocieszając się. Porzuciwszy przedwojenne studia prawnicze, utrzymywał się z bonów żywnościowych, najpierw u starszego ojca przy ul. Sebastiana 10, a potem z nędznych czynszów. Ożenił się z kaprysu, zostaje letnim ojcem i wszczyna postępowanie rozwodowe.

READ  Henry Mallus: „Kraje V4 nie mają być tylko podwykonawcami!”

To dobrze smakuje Przez kilka mniej bolesnych lat (1947-1953), jako korespondentka polskiej gazety w Pradze, Polskie czasopismoAle eksperyment został przerwany przez jego odmowę wstąpienia do partii komunistycznej. Przynajmniej w stolicy Czechosłowacji zrealizował ważne zadanie w jego oczach: nagranie w AR Studios żydowska pieśń śmierci, pieśń testamentową jego przyjaciela Martina Rosenberga – zwanego Rosebery de Argotto, który zginął w Auschwitz kilka tygodni po tym, jak otrzymał obietnicę przekazania tej mrocznej melodii światu. Na razie to nagranie jest przeznaczone do użytku osobistego, ale spełniło swoją obietnicę.

dziwne prace

Do przeczytania pozostało 76,07% tego artykułu. Reszta przeznaczona jest tylko dla subskrybentów.